Itachi x Ayumi



Popatrzcie, jaki ten świat jest kolorowy! Jaki piękny! Po prostu idealny! Gówno prawda. Jestem sam. Zupełnie sam. Nawet mój własny brat ma mnie w dupie. Nie mam nikogo bliskiego. Oddałbym wszystko, żeby tylko mieć się, komu wyżalić, a nie jak jakiś debil leżeć na pustkowiu i gadać do ptaków wznoszących się ku niebu. To idiotyczne. To żałosne. Stwierdzam: życie stało się do dupy.

Jestem teraz na dworcu. Czekam na działkę. Nie mam pojęcia, co się ze mną stało. Gdzie jest tamten Itachi? Ten uczciwy, posłuszny i wychowany chłopiec? Już dawno zniknął. Na tym świecie nie pozostało nic dobrego. Śmieci wysypują się z każdych drzwi. Wylewają się tonami z okien. A śmieci śmieci sprzątać nie potrafią. Jakie to smutne. Oto jest. Przyszedł. Mój zasrany diler. Dzisiaj wezmę niedużo. Myślę, że 250 mg w zupełności wystarczy żeby uciec od przerażającej rzeczywistości. Powoli staczam się na dno.

Leżę. Tkwię tutaj przytłumiony rozkoszną dawką narkotyku. Ciekaw jestem, ile zagubionych istnień to malutkie pomieszczenie już widziało. Jakże musiało wszystkim współczuć. Biedny mały kibelek. Czym on jest wobec tego świata? Czego świat od niego oczekuje? Stop. Co ja ze sobą robię? Sam, nie wiem już, co myśleć. Kim ja do cholery się stałem?

Postanowiłem już więcej nie ćpać. Muszę z tym skończyć. Raz na zawsze. Jestem tylko ja. Sam dla siebie. Sny przemijają. Nic nie dzieje się dwa razy.

Idę ulicą. Tutaj jest strasznie cicho. Nie słychać nic a nic. A może to ja ogłuchłem? Nie, nic z tych rzeczy. Jakieś dziecko zaczęło wyć jak oszalałe. Nie lubię dzieci. Mam do nich wstręt. Są obślizgłe, ślinią się, cuchną, bałaganią. W sumie w chwili obecnej także nie pachnę zbyt zachęcająco. Muszę się ogarnąć. Nie chcę jeszcze wracać do domu. Jeszcze moment. Jeszcze chwila. Pospaceruję tu trochę. Przecież jest tak cicho, spokojnie. Jest strasznie pusto. Nie powinno tak być. Dlaczego do cholery tak jest?

Miliony malutkich światełek. Nie. Jedno. Wielkie. Ogromne. Pędzi prosto na mnie. Gdzie mam uciekać? Czy uciekać? Nadjeżdża. Jeszcze metr, centymetr i już. Lecę. Wysoko, wysoko. Czy umarłem? Nie idioto. Nie potrafisz się zabić. Nie potrafisz pozwolić także by ktoś uśmiercił ciebie. Tchórz i tyle. Jestem żałosny. Żałosny. A może nie chcę jeszcze umierać? Może istnieje coś, dla czego warto żyć? Teraz po prostu wystarczy to znaleźć. Nie oczekuję, że samo do mnie przyjdzie. Więc lecę. Już wiem, że to moje własne nogi uniosły mnie ku niebu. Staję na dachu budynku, spod którego wyskoczyłem. Strasznie tu zimno. Ale są tu gwiazdy. Gwiazdy są takie ciepłe. Takie kruche. Chyba wreszcie czuję, że jestem. Istnieję.

Powoli zasypiam w moim jakże oschłym łóżku. Łóżko powinno umieć przytulić i uspać. Moje jest strasznie zwiędłe. Chyba od dłuższego czasu nie zważa na nic. Ale gdy już zasnę potrafi być naprawdę przytulne. Ciepłe i bezpieczne. W świecie snów przecież wszystko jest możliwe.

Próbuję wstać. Czuję, jakby moje kości ważyły tonę. Jak mam spędzić dzisiejszy dzień? Czy wytrzymam bez narkotyku? Czy narkotyk wytrzyma beze mnie? Próbuję zebrać myśli. To na nic. Kolejny dzień przeleżany w łóżku. Cały. Co do sekundy.

Budzę się. Pospałbym jeszcze, ale powieki odmawiają mi posłuszeństwa. Wiem, że dzisiaj muszę żyć. Wyjdę. Pójdę gdzieś daleko. Jak najdalej od tego przeklętego miasta. Mój brat nie ma już do mnie szacunku. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek go posiadał. Nie zasługuję na niego. Nie zasługuję kompletnie na nic. Nie zjem śniadania. To nie jest w tej chwili istotne. Muszę stąd uciec.

Wybiegam z budynku zwiędnięty i otępiały. Wyglądam jak śmieć. Nie mogę tak wyglądać. Ludzie się mnie przestraszą. Biegnę jeszcze dalej. Rozglądam się dookoła. Nie kontroluję tego, co robię. Jestem robotem. Marionetką, która niekontrolowana traci swoją barwę.

Wracam do mieszkania. Myję się, jem śniadanie, ubieram czystą bieliznę. Dokańczam czytać dawno zapomnianą książkę. Teraz mogę iść. Jestem gotowy. Czuję to.

Błąkam się po mieście. Jeszcze przed chwilą byłem gotowy uciec jak najdalej. A teraz? Nie jestem pewien. Zrobić to czy nie? A co jeśli moja przepowiednia ma się wypełnić właśnie tutaj? Czy jeśli odejdę stracę możliwość zaznania chwili szczęścia? Postanowiłem. Wyjeżdżam jeszcze dzisiaj. Nie wiem czy będę w stanie zapomnieć o otaczającej mnie przeszłości. Mimo wszystko chcę spróbować. Chciałbym, żeby było pięknie.

Dworzec. Znowu dworzec. Nie. Stop. Nie mogę o tym myśleć. Nie mogę pozwolić, żeby to mnie kontrolowało. Muszę biec. Biegnę. Wskakuję do pociągu, który właśnie ruszył. Nie wiem, dokąd jadę. Wiem tylko, że to strasznie daleko stąd. Może wybiorę się dokądś samolotem? Nie, nie. To byłaby już przesada. Tak jest lepiej. Tutaj. W tym pociągu. Tylko ja i głuchy dźwięk obijających się szyn. Nie myślę. Mam pustkę w głowie. Nie chcę liczyć stacji. Nie chcę wiedzieć gdzie wysiądę i kogo tam spotkam. Chcę po prostu siedzieć. Siedzieć i patrzeć. Przed siebie. Tylko i wyłącznie. Za mną jest za dużo. Nie. Za mną nie ma już nic. A przede mną? Przede mną wszytko. Uwielbiam taką kolej rzeczy.

Wysiadam. Nie mam pojęcia ile stacji przejechałem. Wiem, że to tutaj miałem się znaleźć. Gdzieś tutaj jest cel mojej podróży. Zmierzam powoli do wyjścia. Nie spieszę się. Nie mam czasu na pośpiech. Wszystko musi rozegrać się powoli i w spokoju. Ktoś szarpie mnie za kurtkę. Zauważam, że ubrałem moją ulubioną - czarną skórzaną. To jakiś żebrak. Trzyma w ręku nóż i próbuje mnie nim zranić. Kopię go w twarz, tak, że ten zatrzymuje się dopiero kilka metrów dalej na ścianie. Niewzruszony wychodzę z budynku. Nikt mi się nie przygląda. Takie sytuacje tutaj to norma. Ale dlaczego wybrał akurat mnie? Przyglądam się swojemu ciału. Jestem zwyczajnym cherlakiem. Strasznie schudłem. Jeśli tak dalej pójdzie to zostanie ze mnie tylko sterta kości. Muszę coś zjeść. Wchodzę do najbliższej restauracji. Kelner podaje mi menu. Wybieram pierwszą potrawę na liście. Nie wiem jak się nazywa. Literki uciekają mi sprzed oczu. Paranoja.

Idę w kierunku rynku. Jestem. Nie mogę tu być. Za dużo tu ludzi. Duszę się.

 Jestem teraz nad jeziorem za miastem. Ładnie tutaj. Chciałbym wybudować sobie mały drewniany domek i tu zamieszkać. Jestem wyczerpany. Muszę spać. Zasypiam.

Budzę się. Obok mnie kuca jakaś dziewczyna. Patrzy w głąb jeziora. Jest śliczna. Jej długie brązowe włosy powiewają na wietrze. Nie uśmiecha się. Jest smutna. Ma na sobie krótkie ogrodniczki i sweter w paski. Czarne ogrodniczki i biało czarny sweter. Jeszcze bordowe martensy. Wygląda przepięknie. Siedzimy bez słowa. Milczenie nie zna granic.
-Ćpun -odzywa się wreszcie.
-Nie.
-Ćpun.
-Już dawno z tym skończyłem.
-Ćpun.
-O czym Ty...?
Dopiero teraz zauważam. Z mojej ręki wystaje do połowy napełniona strzykawka. Ale nie pamiętam przecież żebym brał. Może nie chciałem pamiętać? Nie chciałem być świadom, że jeszcze nie pozbyłem się nałogu. To okropne. Nie chcę tego.
-Ćpun.
-Tak, wygląda na to, że tak -szybko wyrywam strzykawkę- Cholera.
-Ćpun.
-Wiem kurwa przecież widzę!
-Chodź.
Wstaje, bierze mnie za rękę. Idziemy przez las. Przed nami widać porośnięty bunkier. Zaprowadza mnie do środka. Siadam na starej wystrzępionej kanapie. Jest miękka. Dobrze by się na niej spało. Dziewczyna siada obok i patrzy mi w oczy. Jej spojrzenie mówi, że tutaj na pewno jesteśmy sam na sam i nikt nas nie usłyszy. Kim do diabła ona jest?
-Nie pytaj, kim jestem. Nie poznasz mojego imienia - mówi - Dlaczego to robisz?
-Robię, co?
-Ćpanie.
-Ja nie wiem. Nie chcę tego. Nigdy nie chciałem. Samo przyszło.
-Ale samo nie odejdzie.
-Myślałem, że przestałem. Ale jak widać oszukiwałem samego siebie. Uciekłem z domu. O ile można go nazwać domem. Nie mam nikogo. Rozumiesz? Nikogo. Jestem tylko ja sam. Nienawidzę ludzi, Dlaczego Ci to w ogóle mówię?
-Bo jestem Ci bliska, a Ty mi.
-Nonsens. Znam Cię dopiero kilka minut.
-Uwierz mi.
-Chyba nie potrafię.
-Zostań tu, dobrze?
To jej ostatnie słowa. Powiedziała to, po czym wybiegła. Nie mam pojęcia, dokąd się udała. Wiem, że wróci. A ja mam tutaj na nią czekać. Będę czekać. Rozglądam się po pomieszczeniu. Leży tu pełno strzykawek. Kuszą okropnie. Tyle, że są puste. Zero towaru. Na ścianie jest plakat jakiegoś zespołu. Nie umiem odczytać nazwy. Litery syczą i wiją się jak jadowite węże. Zaraz się na mnie rzucą.

Wraca po dwóch godzinach. W ręce ma pudełko z chińszczyzną. Kładzie mi na kolanach i mówi żebym zjadł. Po skonsumowaniu wszystkiego patrzę na nią pytającym wzrokiem. Skąd się wzięła? Jak to się stało, że siedzimy razem na jednej kanapie w lesie?
-Gdzie byłaś? -Przerywam ciszę.
-W sklepie.
-Całe dwie godziny?
-Nie Twoja sprawa.
-Powoli zaczyna jednak być moja.
-Cii - przykłada mi palec do ust. Jest delikatna. Bardzo delikatna - Nie czas teraz na to.
Po tych słowach odsuwa się ode mnie, kładzie na kanapie i zaczyna czytać książkę. Jest istną zagadką. Nigdy dotąd nie spotkałem nikogo takiego. Znowu milczymy. Długo, długo. Bardzo długo. Ciszę ponownie przerywają jej słowa.
-Itachi?
-Skąd wiesz jak się nazywam?
-To nieistotne. Chodźmy stąd, dobrze?
-Mhm. Niech będzie.
Dlaczego na nią nie wrzasnę? Nie żądam wyjaśnień? Przecież potrafię. Nie. Nie chcę. Wreszcie ktoś się mną zainteresował. Zaopiekował. Podoba mi się to. Niech tak zostanie. Na zawsze. Proszę. Tak bardzo proszę.

Zaprowadza mnie na dosyć wysokie wzniesienie. Widać stąd całe miasto. Cudowny widok. Zwłaszcza teraz, nocą, kiedy daleko przed nami mienią się kolorowe światełka. Siadamy na trawie blisko siebie. Przez dłuższą chwilę podziwiamy widok. Nagle dziewczyna przerzuca wzrok na mnie. Przyglądamy się dokładnie swoim twarzom. Jest taka śliczna.
-Ayumi! - Wykrzykuję nagle sam niewiedząc, co mówię - Ayumi to Ty! Jak mogłem? Przepraszam. Nie wiem, co się stało. Cholera, cholera, cholera. Wybacz mi. Ale już wiem, przypomniałem sobie. Wiem, pamiętam. Przepraszam.
-Cicho, już cicho. Nic. Tylko my i noc. Jak kiedyś.
Dziewczyna delikatnie kładzie mi dłonie na policzkach i przyciąga do swojej twarzy. Milimetr do milimetra. Tak blisko. Tak pięknie. Przysuwam swoje usta do jej. Nasze wargi spotykają się. Rozchylam je lekko. Jakie to przyjemne. Kładzie mi ręce na ramionach, a ja obejmuję ją w talii. Tylko my we dwoje. Na zawsze. Znikamy we mgle. Teraz pozostały już tylko miliony malutkich światełek. Niech połączą się w pary i żadne, ale to żadne nie będzie samotne. Niech będą szczęśliwe. Szczęśliwe jak ja. Nareszcie jestem szczęśliwy. Szczęście, szczęście, szczęście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz